WSTĘP

PROLOG

DZIEŃ 1

DZIEŃ 2

DZIEŃ 3

DZIEŃ 4

DZIEŃ 5

DZIEŃ 6

DZIEŃ 7

DZIEŃ 8

DZIEŃ 9

DZIEŃ 10

DZIEŃ 11

DZIEŃ 12

DZIEŃ 13

DZIEŃ 14

DZIEŃ 15

HELSINKI

EPILOG

THX

STATS

DZIEŃ 6

Następny dzień ->

Po nocy w niezbyt komfortowych warunkach (kamienie...) piękne słońce budzi nas ok. 7. Zjedliśmy śniadanie, zapakowaliśmy sprzęt i ruszyli w drogę. A droga, pomimo wczesnej pory, była ruchliwa. I to bardzo. A jakby tego było mało, to pobocze się zwęziło (a na wiaduktach i mostach nie było go wcale) i pasy zaczęły być rozdzielone barierką - co na 100% znaczyło, że jesteśmy jednak na autostradzie. Niespecjalnie ucieszyliśmy się z tej wiadomości, tym bardziej, że kierowcy od czasu do czasu zaczęli na nas trąbić, ale tym razem to już nie były pozdrowienia. Nie pozostało nam nic innego tylko zabierać stamtąd nasze tyłki i to jak najszybciej. Niestety, zgodnie z prawem Murphy'ego, "Najbliższy zjazd jest zawsze za daleko". Tak było i tym razem - przez godzinę ostrego pedałowania w upale, jedyną rzeczą jaką widzieliśmy dookoła był las.

W chwili, kiedy przez głowę przeleciała mi myśl, że to cud, że jeszcze nikt nie zadzwonił po policję, usłyszałem z tyłu głośne "O kurka, niedobrze!" Pawła. Spojrzałem w lewo, właśnie wyprzedzał mnie radiowóz, który po chwili zatrzymał się kawałek przed nami. Policjanci radośnie zakomunikowali nam, że po autostradzie na rowerach jeździć nie wolno (też mi nowina...). Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że bardzo chętnie byśmy z niej zjechali, ale najzwyczajniej w świecie nie mieliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów takiej szansy. Niebiescy wyjęli swoją mapę, pokręcili głowami i zażądali abyśmy skręcili w lewo przy stacji benzynowej za kilkanaście kilemetrów. I tyle - żadnych gróźb, mandatów czy wykładów :-) Kolejny punkt dla szwedzkich sił porządkowych :-) Po chwili rozmowy podziękowaliśmy za wyrozumiałość i ruszyli dalej.

Nie ujechaliśmy nawet 5 km kiedy zatrzymał nas kolejny radiowóz :-) Wyjaśniliśmy starszemu panu w mundurze, że jego koledzy przed chwilą nas zatrzymali i sprawa jest już załatwiona. Najwyraźniej nam uwierzył bo spytał tylko o cel podróży, życzył szerogiej drogi i puścił wolno. Szwedzkie służby mundurowe mają mój szacunek :-)

W końcu dotarliśmy do Hagsta - tam w końcu udało nam się opuścić autostradę, co okazało się mieć same plusy. Następne kilka godzin upłynęło nam pod znakiem cichych, leśnych dróg, położonych wzdłuż wybrzeża. Powietrze było tak nasycone zapachem poziomek, że prawie czuło się ich smak w ustach i chciało się rzucić rower i lecieć w las szukać w trawie czerwonych klejnotów :-) Czego nie omieszkaliśmy raz zrobić... Pycha! ;-)

Po krótkim przystanku w Söderhamn, spokojnym, portowym miasteczku gdzie zjedliśmy obiad, ruszyliśmy dalej na północ, nadal omijając E4. Poza spokojną trasą czekała nas też spora niespodzianka - zupełnie przypadkiem dotarliśmy do wioski o najkrótszej nazwie na świecie (pewny nie jestem, ale krótszej chyba się już nie da...) - Å :-) Kolejne kilometry przejechaliśmy dyskutując o wadach i zaletach mieszkania tam ("-Gdzie pan mieszka? -A. -Eeeee? -A! -A? -A. -Aaaa...").

Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Nie dość, że znowu trafiliśmy na E4 (co prawda już nie autostradę, ale zawsze tłoczno...) to jeszcze zaczęło się chmurzyć . Postanowiliśmy dojechać do Hudiksvall i tam, pod jakimś dachem, zjeść obiad. Kilka kilometrów przed miastem zaczęło jednak padać. Mając do wyboru podróż w deszczu i schronienie się na stacji benzynowej, wybraliśmy to drugie. Okazało się to zbawienne, bo po chwili nadeszła taka ulewa, że świata nie było widać. Na dokładkę Paweł zaważył, że jego tylna opona dość mocno zflaczała i musiał ją dopompować - na samą myśl, że moglibyśmy to robić na takim deszczu aż mnie ciarki przeszły. Na szczęście, po niecałych 30 minutach, zza chmur wyjrzało słońce i mogliśmy kontynuować podróż. Po kilkunastu minutach znowu stajemy - tylna opona Pawła jest znowu płaska. Powód jest jasny - dziurawa dętka. Co jakiś czas pompując, w końcu doczołgujemy się do Hudiksvall i na pierwszej stacji benzynowej zmieniamy dętkę na zapasową.

Po obfitej kolacji leniwie wyjeżdżamy z miasta i 10 km za nim standardowo rozbijamy namiot w lesie. Hmmm... Chyba dawno nie wspominałem o komarach... A więc robię to teraz! I choć więcej już nie będę (słowo!), to muszę zaznaczyć, że te małe, bzyczące, #&@($>@%! potwory stanowiły nieodłączny element każdego wieczoru! :-P

Następny dzień ->