|
Obudziliśmy się ok. 7 i od razu odkryliśmy niespotykaną do tej pory rzecz - w nocy nie padało :-) Po śniadaniu wpakowaliśmy nasze umęczone cztery litery na siodełka i szybko nakręcili 85
km . Droga zaprowadziła nas do Sundsvall, gdzie napotkaliśmy kilkukilometrowy korek spowodowany robotami drogowymi. W tym momencie nasze rowerki okazały się najlepszym środkiem transportu - mijanie ścigaczy i samochodów, które wyprzedzały nas przed miastem, było naprawdę przyjemnym uczuciem :-)
Po zakupach w markecie ruszyliśmy na rynek aby coś zjeść . Konsumjąc na ławeczce
obiad przypatrywałem się grupce młodych chłopaków, którzy z różnym skutkiem próbowali nakłonić typowo down-hill'owe rowerki firmy Kona do free-ride'u po mieście. Trzeba jednak przyznać, że duży skok amorków umożliwiał im bezproblemowe dostanie się na ponad półmetrowy murek otaczający fontannę - nieźle, nieźle...
Za miastem niestety znowu zaczęła się autostrada, co zmusiło nas do obrania objazdu przez Indal. Przez kolejne kilka godzin - normalne góry! Niskie bo niskie, ale góry!
I co najciekawsze, cały czas tłukliśmy się pod górkę!
Na szczęście, na koniec, czekał na nas wytęskniony zjazd, który wprowadził nas prosto na E4. Zanim zdążyliśmy się nacieszyć powrotem na znaną i prostą drogę, okazało się,
że góry wcale jeszcze nie zostały za nami...
Męczace podjazdy i krótkie odcinki w dół zaprowadziły nas do Härnösand, gdzie zjedliśmy kolację. Kilka kilometrów za miastem czekała nas bardzo miła niespodzianka w postaci długiego zjazdu, na którym rowerki bez żadnej pomocy pomykały gładko ponad 50 km/h. Niestety, nie dane nam było sprawdzić czy dalej było więcej tak wesołych odcinków w dół gdyż znowu musieliśmy zwiewać z właśnie się zaczynającej autostrady. Zjechaliśmy w lewo i po kilkunastu minutach rozbiliśmy w lesie
namiot . Humory nam dopisywały, a że dookoła leżało pełno suchych gałęzi, postanowiłem sprawdzić czy moje umiejętności w rozpalaniu ognisk nie wygasły przez ostanie kilka lat ;-) Poprzeczkę trudności podnośił fakt, iż z braku innego surowca za podpałkę slużyły mi tylko 2 skrawki papieru toaletowego ;-) Zdolności jednak ciągle żyły, gdyż po kilku minutach nad ogniem zaczął wesoło terkotać czajnik z wrzątkiem :-)
Po ciepłej herbacie zagryzionej pyszną mleczną czekoladą położyliśmy się spać. |