|
EPILOG - DZIEŃ 1
Ten dzień musiał kiedyś nadejść... Od rana wszyscy chodzili lekko przygaszeni i każdy zwlekał jak mógł z chwilą pożegnania :`-( Ostatnie pamiątkowe zdjęcia
, uścisk dłoni i każdy ruszył w swoim kierunku...
Nasz prom odpływał następnego dnia wczesnym rankiem z Turku. Jacen
(mieszka tam) zaproponował, że jeśli uda nam się wpakować rowery do jego kombi to możemy się z nim zabrać. Nie posiadaliśmy się z radości - uniknęliśmy pedałowania 200 km cholernie ruchliwą trasą szybkiego ruchu, którą mieliśmy okazję obejrzeć tydzień wcześniej, kiedy z Cyberem i executerem jechaliśmy na wspomniany już zlot żaglowców. Rowery zmieściły się bez problemu, ale musieliśmy całkowicie złożyć tylne siedzenia. Następne 2 godziny spędziłem
skulony, opierając się o koło, czyli, jak można się domyślać, w cholernie niewygodnej pozycji :-P
Jakby uprzejmości było mało, Jacen pozwolił nam zanocować u siebie w domu. Po obfitej kolacji i kilku filmach DVD, położyliśmy się spać.
EPILOG - DZIEŃ 2
Wstaliśmy wcześnie, pożegnali serdecznie Jacena i po kilkunastu minutach pedałowania byliśmy na przystani promowej. Rejs upłynał nam na podziwianiu towarzyszących nam prawie na całej trasie małych
wysepek . Pogoda była piękna, nawet bardzo mocny wiatr nie zgonił nas z pokładu.
O 19 dobiliśmy do portu w Sztokholmie. Aby uniknąć kolejnego rozbijania namiotu w jakimś paru postanowiliśmy jak najszybciej wydostać się z miasta. Chęć obejrzenia kilku zabytków była jednak silniejsza i przez 2 godziny kręciliśmy się po wąskich, zatłoczonych uliczkach starego
miasta
. Z bardziej charakterystycznych miejsc zwiedziliśmy tylko zamek królewski
, na
dłuższe zwiedzanie niestety nie starczyło nam czasu.
O 21 zaczęliśmy szukać drogi wyjazdowej. Na szczęście, tym razem drogowskazy były dość pomocne i bez pudła trafiliśmy na drogę do Nynäshamn, skąd następnego dnia po południu odpływał nasz prom do Polski. Jednak Sztokholm i okoliczne miasta okazały się tworzyć naprawdę dużą aglomerację i przez następne 3 godziny cały czas jechaliśmy terenem zabudowanym, w którym nijak nie mogliśmy znaleźć dogodnego miejsca na namiot. W końcu po północy naszym zmęczonym oczom ukazała się spora łąka. Co prawda od drogi dzieliło ją tylko kilka metrów i trochę wysokich krzewów, ale nie narzekaliśmy. Kiedy rozkładaliśmy namiot mieliśmy okazję bliżej przyjrzeć się miejscu, które obraliśmy sobie na obóz... "Łąka" okazała się być polem golfowym :-) Dziwny patyk, sterczący z ziemi kilkanaście metrów od nas, rozpoznaliśmy jako chorągiewkę oznaczającą dołek :-) To dlatego trawa dookoła była tak ładnie skoszona :-) Cóż, nocowaliśmy w parku, zanocujemy i na polu golfowym...

EPILOG - DZIEŃ 3
Rano ruszamy przed 8, przekonani, że mamy jeszcze do pokonania jakieś 60 km. Możecie więc sobie wyobrazić nasze zdziwienie i radość, kiedy po kilku minutach ujrzeliśmy drogowskaz "Nynäshamn 35" :-) Poprzedniej nocy musieliśmy nadrobić naprawdę ładny kawałek...
Jadąc wycieczkowym tempem po 2,5 godzinie byliśmy w Nynäshamn. Miasteczko przywitało nas wielkim portem jachtowym, pięknym słońcem i jeszcze piękniejszymi willami na skałach nad morzem. Pojeździliśmy troszkę, zrobiliśy zakupy na podróż, spokojniutko zjedliśmy obiad w parku i po godzinie wylegiwania się na słoneczku ruszyliśmy do portu. Prom już czekał.
Podróż minęła bardzo miło i spokojnie. W końcu znowu mogliśmy się wykąpać :-) Późnym wieczorem wybraliśmy się do kina na "Sumę wszystkich strachów". Po filmie (całkiem niezłym, tak nawiasem mówiąc), a było już dobrze po północy, zachciało nam się jeszcze zajrzeć na najwyższy otwarty pokład. Nie chciało nam się już wracać do kajuty po ciepłe ubrania więc na zewnątrz wychodziliśmy z głębokim przekonaniem, że tylko rzucimy okiem na nocne morze i znikniemy zanim przemarźniemy do szpiku kości. Na pokładzie czekała nas (druga już tego dnia) bardzo wielka i bardzo miła niespodzianka - wiał bardzo mocny wiatr, ale... nie chłodził! Wręcz przeciwnie - był ciepły! Przez godzinę spacerowaliśmy podziwiając księżyc rozświetlający taflę morza i czyniąc próby uwiecznienia tego widoku na fotografii... Niestety, to nie to samo - to trzeba zobaczyć na własne oczy... Cudowny widok!
EPILOG - DZIEŃ 4 (I OSTATNI!)
Wstaliśmy po 9, wyczyścili resztki prowiantu i pobiegli na pokład, aby wyglądać ojczyzny :-) Po chwili na horyzoncie dostrzegliśmy Hel... Jak można się domyślić, komórki złapały zasięg i po raz pierwszy od 3 tygodni mieliśmy okazję usłyszeć głosy naszych bliskich :-) Z każdą minutą byliśmy bliżej końca podróży...
W samo południe prom przybił do nabrzeża w Gdańsku. Po pół godzinie spędzonej na granicy (bez komentarza...) wyjechaliśmy na drogę do centrum i...
Ja: Nieeeeeeeeeeeee no... Do kitu z taką drogą, wracamy do Szwecji!
Jednak nic nie było w stanie popsuć nam humorów i po chwili nawet dziury w jezdni powodowały tylko uśmiech na twarzy - w końcu to były swojskie dziury ;-)
Po godzinie jazdy stanęliśmy w końcu przed blokiem Pawła... I zakończę jednym słowem... A brzmi ono -
EUFORIA!  |